Blog > Komentarze do wpisu
W poszukiwaniu zastępczego hegemona. Kolonialna mentalność polskich elit - Konrad Bonisławski
Sowa Magazyn Europejski
Sowa Magazyn Europejski Zażenowanie ogarnąć musi przeciętnego obywatela, gdy minister spraw
zagranicznych Radosław Sikorski, wydawałoby się, że jako osoba
politycznie ukształtowana na zachodzie, miałby mniejszy kompleks
kolonialny (choć może jest właśnie odwrotnie i stopień ten się potęguje
w zderzeniu z obcymi…) mówi, że Polska musi uznać separa...tyzm Kosowa, bo
„to samo zrobią nasi wielcy partnerzy”. Co charakterystyczne, użyto
czasu przyszłego do czynności pewnej. Oni to zrobią, więc my musimy być
pierwsi. A przecież, jak poucza prześmiewczo Sikorskiego jego starszy
kolega z PO „oni jest zawsze lepsze niż my”.



Od wielu lat do badań społecznych nad krajami trzeciego świata i ich mieszkańcami używa się teorii postkolonialnej, dzięki której próbuje się wyjaśnić chociażby niepowodzenie reform społeczno-gospodarczych w większości państw afrykańskich, tudzież fascynację zachodnią popkulturą w wielu postkolonialnych regionach świata.

W kanadyjskim filmie z 1995 roku „Kissinger i Nixon” przywódca północnego Wietnamu w przeddzień podpisania porozumienia pokojowego, korzystnego dla niego, rzuca wściekły projektem umowy i krzyczy „To skandal! Nawet kolonialiści się tak nie zachowywali” – mając na myśli Amerykanów i ich podejście, w tym wypadku dla niego korzystne.
Od paru lat, głównie za sprawą profesor Ewy Thompson, slawistki, profesor Uniwersytetu w Houston, dyskurs postkolonialny zaczął być stosowany dla oceny sytuacji społeczno-politycznej w Polsce w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Studia postkolonialne interpretują wytwory kultury, głównie literatury pod kątem zachowanych w nich śladów kolonizacji i imperialnego podboju.
Pierwsze skojarzenie powinno nam przypominać, że Polska nie była ani krajem imperialnym ani kolonialnym. Przynajmniej tak się przyjmuje w naszej historiografii. Wprawdzie Liga Morska i Kolonialna przed wojną próbowała zyskać dla Polski Madagaskar i Mozambik, ale poza założeniem polskiej osady na wybrzeżu niczego to nie przyniosło. Kolonizowani teoretycznie też nie byliśmy, ale jak podejść do faktu praktycznej (a później i politycznej) okupacji przez prawie 200 lat, a potem po dwudziestoletnim „epizodzie” znów przerabianej, czasem w bardziej, a czasem mniej brutalnej wersji….? Zdaniem Thompson „w literaturze polskiego renesansu i baroku można usłyszeć ton, który znikł z polskiego piśmiennictwa w wieku XVIII i dotychczas do niego nie powrócił. To ton normalności, ton pozbawiony poczucia krzywdy i świadomości przegranej.(…) Literatura przedrozbiorowa nie była wielka ani godna moralnego podziwu, była jednak literaturą zdrową. Głęboka przepaść oddziela normalność Paska od neuroz Mickiewicza, spokój Kochanowskiego od goryczy Wyspiańskiego.”1

Hołd Tuski
„Jeśli Polska nie ratyfikuje traktatu lizbońskiego będziemy hamulcowymi Europy”, „Ci, którzy nie chcą eurokonstytucji, działają w interesie Rosji”, „cała Europa śmieje się z naszego rządu”. To zaledwie kilka losowo wybranych fragmentów wypowiedzi polityków (rządzących i opozycyjnych), dziennikarzy i publicystów głównego nurtu oraz przeciętnych Polaków, teoretycznie wykształconych i bywałych w świecie. Łączy je silny syndrom mentalności postkolonialnej – prawdziwej społecznej choroby polskich elit.
Charakteryzuje się ona bezkrytycznym przyjmowaniem zdania obcych jako dogmatu. Po kolejnych szczytach unijnych zagraniczna prasa nie musi atakować naszego stanowiska i naszych przedstawicieli w Unii, co jest normalną grą polegającą na polityczno-medialnym nacisku. Doskonale wyręcza ją w tym rodzimi, świadomi bardziej lub mniej wyraziciele poglądów zachodnich elit i państw. Jak pisze Ewa Thompson, skolonizowana mentalność odznacza się wiarą, że najwyższa mądrość zawsze mieszka za granicą, a prawdziwa kultura jest zawsze odległa, nigdy zaś rodzima2 . Urodzony w Indiach, a mieszkający w USA teoretyk postkolonializmu Homi Bhabha dodaje, że skolonizowane umysły zawsze umieszczają centrum cywilizacji poza granicami własnego kraju, wierząc, że inna władza jest lepsza i gardząc tą, która wyłoniła się na własnym podwórku. Doskonale widać to na przykładzie podejścia części polskich elit politycznych i publicystycznych do naszej czteroletniej obecności w Unii Europejskiej. Niedawno Jacek Saryusz-Wolski (europoseł PO – sic!) stwierdził, że naiwni euroentuzjaści wychodząc z założenia, iż Unia jest doskonałą harmonią i samym dobrem, zakładają, że powinniśmy siedzieć cicho i „brać co dają”. A Unii nie krytykujemy, bo to przecież oni, a oni zawsze jest lepsze niż my”3 . Tak oto czołowy polityk PO scharakteryzował to o czym już dawno temu pisali badacze państw postkolonialnych.
Zażenowanie ogarnąć musi przeciętnego obywatela, gdy minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, wydawałoby się, że jako osoba politycznie ukształtowana na zachodzie, miałby mniejszy kompleks kolonialny (choć może jest właśnie odwrotnie i stopień ten się potęguje w zderzeniu z obcymi…) mówi, że Polska musi uznać separatyzm Kosowa, bo „to samo zrobią nasi wielcy partnerzy”. Co charakterystyczne, użyto czasu przyszłego do czynności pewnej. Oni to zrobią, więc my musimy być pierwsi. A przecież, jak poucza prześmiewczo Sikorskiego jego starszy kolega z PO „oni jest zawsze lepsze niż my”.

Szukanie nowego hegemona
W polityce zagranicznej kolonializm jest radykalnym odwróceniem się od dawnego kolonizatora i jego spadkobiercy – Związku Radzieckiego i Rosji, i gorączkowym szukaniem zastępczego hegemona (USA, Niemcy, Unia Europejska) oraz poszukiwanie uznania na zewnątrz, przede wszystkim na zachodzie. Intelektualiści zdają się na zewnętrzny punkt widzenia i z tych pozycji oceniają sytuację wewnętrzną w kraju. Pół biedy, gdy myślą tak pracujący na zachodzie młodzi Polacy, których kompleksy potęgują doniesienia zachodniej liberalno-lewicowej prasy. Niektórzy pewnie czują potem potrzebę tłumaczenia się np. z „klerofaszystowskich rządów” w swoim kraju. Bo czego by nie mówić o poprzednim rządzie, to jednak poziom ataków na niego sięgnął i w Polsce, i na zachodzie dna i nie wydaje się, aby się miał od tego dna odbić.
Znacznie gorzej, gdy uznawane jeszcze na zachodzie (bo w kraju już nie) tzw. „autorytety moralne, dla podreperowania swych akcji w kraju zaczynają gorączkowo formułować w obcych mediach zarzuty wobec własnego państwa. Aleksander Kwaśniewski w prasie niemieckiej radzący jak postępować z polskimi władzami, zachowuje się jak afrykański dysydent wygnany z kraju demaskujący w prasie amerykańskiej lub francuskiej działania swoich następców. Michnik i Geremek przedstawiają swój kraj, kreśląc jego obraz na podobieństwo afrykańskich satrapii. Nie wiadomo, komu służą w ten sposób. Na pewno natomiast nie pomagają swoim zachodnim rozmówcom zrozumieć, że Polska jest dużym, niezależnym i samodzielnym krajem.
Znowu podejście do Unii jest doskonałym probierzem postaw środowisk postkomunistycznych, które zgodnie z ulicznym hasłem, Moskwę zamieniły w ostatnich latach na Brukselę. Euroentuzjazm polskiej lewicy jest często również maską ojkofobii (Roger Scruton) – niechęci do własnego kraju, narodu i społeczeństwa.

Zachwiana społeczna struktura społeczeństwa postkolonialnego
Częściowo słusznie pisała przez długie lata profesor Jadwiga Staniszkis o głównym problemie polskiego państwa i społeczeństwa, jakim był i nadal jest postkomunizm. Jednak postkomunizm zespolony z postkolonializmem daje efektem spotęgowany. Z tą jednak różnicą, że komunizm i następujący po nim postkomunizm były systemami siłą narzuconymi z zewnątrz. Skolonizowanie jest poniekąd dobrowolnym wyborem. Wybieramy obcego hegemona, zamiast konstruować własną tożsamość (kulturalizm), własną drogę do kapitalizmu (Staniszkis) oraz własne instytucje niezależne od międzynarodowych (konstytucja europejska).
W społeczeństwie kolonializm objawia się brakiem klasy średniej, niedostatkiem rodzimego kapitału (niekompletny kapitalizm i dodatkowo prywatyzacja przez obcych). Zdaniem Ewy Thompson jest on nieunikniony i będzie nam jeszcze długo doskwierał, choć jakąś nadzieję na horyzoncie widać. Szczególnie w ostatnich kilku latach.
Do tego dochodzi jednak podział społeczny: „wykształciuchy” vs. „moherowe berety” oraz powierzchowne i bezkrytyczne przyjmowanie przez tę pierwszą grupę mody intelektualnej z zachodu – pod tym względem jak najbardziej „imperialnego”. Prawa mniejszości seksualnych, feminizm, gender studies, nowa lewica, polityczna poprawność, itd. itp. powtarzane przez wszystkie przypadki przez rodzimych „handlarzy używanymi ideami”, jak określał takich „intelektualistów” Friedrich von Hayek. Mentalność postkolonialna to właśnie także kulturalizm – czerpanie wzorców kulturowych we wszystkich dziedzinach życia z Europy zachodniej i USA, od języka poprzez popkulturę po idee polityczne. A przy tym nieoferowanie niczego ze swojego dziedzictwa.

Mentalny postkolonializm społeczeństwa
Wszechobecnym zjawiskiem w postkolonialnych społecznościach w Afryce jest tzw. afrykański pesymizm. W naszym kraju przybiera on postać postsowieckiego czarnowidztwa, szczególnie mocno widocznego w pokoleniu osób urodzonych niedługo po wojnie. „Nie uda się”, „będzie bieda”, „jest źle, będzie gorzej”, „najlepiej się nie wychylać” - słyszymy na każdym kroku. Cechuje nas ogólny brak wiary we własne siły, zarówno na poziomie personalnym, jak i w sprawach Polski.
Polska jest krajem postkolonialnym i naprawiając Rzeczpospolitą, musimy niestety porównywać się z Algierią, Indiami czy Irlandią (sic! – ale pod innym względem niż chce tego PO. Tą Irlandią kolonizowaną przez Brytyjczyków przez 800 lat) , nie zaś z krajami, które tego typu podporządkowania nigdy nie doświadczyły.
Zresztą to nie tylko polska przypadłość. Fiński tłumacz „Podróży z Kapuścińskim” opisywał jak Finowie odczytywali w latach 70-tych ubiegłego wieku „Imperium” polskiego pisarza. Z przerażeniem po setkach lat rządów rosyjskich, szwedzkich, „finlandyzacji”, w postkolonialnych społeczeństwach na kartach powieści Kapuścińskiego odkryli samych siebie! Współcześni Finowie postawili jednak na rozwój państwa, naukę, a także rozwój własnej świadomości. Niedawne badania nadgorliwych i czujnych jak zawsze badaczy ksenofobii wskazały nawet na pewne przejawy ukrytego rasizmu w społeczeństwie fińskim4.
Wydaje się, że tylko poczucie dumy narodowej i zdrowy patriotyzm jest lekarstwem na chorobę kolonializmu, a nie gorączkowe poszukiwanie nowego hegemona. Naukowcy badający bio-politykę odkryli trzy główne, instynktowne potrzeby człowieka: tożsamości, stymulacji i bezpieczeństwa. Ich przeciwieństwa, odczuwane przez każdego normalnego człowieka negatywnie to: anonimowość, nuda, strach. Z tych trzech najsilniej odczuwaną potrzebą (i dyskomfortem) jest tożsamość (i anonimowość)5 . Tożsamość narodowa natomiast stoi wciąż najwyżej spośród wszystkich tożsamości człowieka XXI wieku.


1 Ewa Thompson, „Sarmatyzm i postkolonializm”, „Europa” nr 137 z 18 listopada 2006 roku
2 Ewa Thompson, „W kolejce po aprobatę”, „Europa” nr 180 z 14 września 2007 roku
3 „Musimy wejść do pierwszej ligi UE”, rozmowa Cezarego Michalskiego z Jackiem Saryusz-Wolskim, „Europa” nr 213 z 2-4 maja 2008 roku
4 Magdalena Nowicka, „Rzeczpospolita postkolonialna”, „Wiedza i życie” nr 9 z 2007 roku
5 Jacek Bartyzel, „Ojkofobia” {w:} „Encyklopedia Białych Plam” tom XIII, Radom 2004

środa, 24 lutego 2010, kultur

Polecane wpisy