19.-21.11.2008 Praha. Aktivity NKVD/KGB a její spolupráce s tajnými službami střední a východní Evropy 1945–1989.
Do aktivit
zvláštních oddílů Lidového komisariátu vnitra SSSR, tzv. SMĚRŠe, po vstupu Rudé
armády do Československa v závěru druhé světové války nebyly naše orgány
zasvěceny!
Československá společnost byla odsouzena do postavení králíčka ustrašeně
přihlížejícího nezadržitelně se blížící zmiji.
V češtině
máme úsloví „nalejme si čistého vína“. A právě to musíme učinit, než se
začneme zabývat okolnostmi únosů a deportací obyvatel Československa do
sovětských represivních táborů po skončení druhé světové války.
Musíme si totiž nejprve uvědomit, že nešlo o
aktivitu, která by byla součástí dlouhodobých strategických záměrů sovětské
politiky, či sovětských tajných služeb, ale zrodila se teprve potom, když vývoj
druhé světové války stále jasněji začal směřovat k postupu Rudé armády přes
hranice Sovětského svazu do východní a střední Evropy, tedy v době někdy po
Teheránské konferenci a před koncem roku 1944. Kromě fanatiků ideje sovětského
impéria, zaštítěného ideály světové sociální revoluce, předtím nikdo
v Sovětském svazu nepomýšlel na plošnou likvidaci protisovětsky smýšlejícího
obyvatelstva v jiných zemích, a nejméně o tom uvažovali racionální a
pragmatičtí stratégové NKVD. V prvních letech druhé světové války byla činnost
NKVD za hranice Sovětského svazu namířená - stále jako po celá dvacátá a třicátá
léta - především na rozvracení a rozbíjení protisovětských hnutí v hlavních
politických a ekonomických centrech tehdejšího světa. Na jejich kompromitování
vůči demokratickým či naopak různými vlastními zájmy spoutaným společenstvím,
státům a vládám, a nově pouze na bránění přílišnému spojenectví zemí bojujících
proti nacistické totalitě, aby se neproměnilo ve spojenectví pro zápas se
sovětskou totalitou. A dominující součástí této činnosti NKVD tradičně byly
individuální teroristické akce.
Sice od druhé poloviny třicátých let existovala
doktrína extentívního práva stíhat nepřátele Sovětského svazu kdykoliv a
kdekoliv, tedy bez ohledu na místo na zeměkouli a dobu, která uběhla od údajného
provinění. Ale neexistovaly podmínky pro její uplatnění v masovém měřítku mimo
hranice Sovětského svazu. Poprvé to bylo možné vlastně až ve východním Polsku po
jeho anexi v roce 1939 a v Pobaltí po jeho okupaci v roce 1941. Šlo o akce
zabezpečované tradičně vojsky NKVD či předtím GPU kdekoliv v Sovětském svazu. A
ať se nám to líbí nebo nelíbí, formálně uskutečňované stále jen uvnitř hranic
sovětského státu.
Hlavním prováděcím orgánem únosů a deportací do
Sovětského svazu obyvatel zemí ve východní a střední Evropě, na jejichž území
vstoupila Rudá armáda během svého rozhodujícího vítězného postupu ve válce s
Německem, byly však zvláštní oddíly kontrarozvědkyNKVD, označené
kryptonymem SMĚRŠ„směrť špionam“
(čes. „smrt špionům“). Původně byly zřízeny již v roce 1942 a
podléhaly Lidovému komisariátu obrany SSSR s úkolem bojovat s poraženectvím
v Rudé armádě, stíhat dezertéry a likvidovat sovětské občany, kteří za německé
okupace západních území SSSR přišli do styku s Němci, tedy opět působit
především uvnitř Sovětského svazu. A teprve v roce 1943 byl SMĚRŠ převeden zpět
pod Správu Zvláštních oddělení NKVD a jeho hlavním posláním se stal po vstupu
Rudé armády do cizích zemí vyhledávat, sledovat a zatýkat na dosaženém území
všechny relevantní i potenciální nepřátele Sovětského svazu respektive
komunismu. Oddíly kontrarozvědky SMĚRŠ zůstávaly však součástí vojsk NKVD
čili byly to profesionální jednotně unformované ozbrojené jednotky. Vystupovaly
neutajeně a působily okamžitě ve druhém sledu vojenských formací zpravidla vždy
v rámci jednotlivých frontů. Cíle jejich zájmů v dosažených zemích byly
nepochybně určovány v moskevském ústředí na základě informací agentů NKVD,
působících v utajení v zahraničí již od předválečných dob, a někdy dokonce byly
doplňovány přímo nepříliš utajovanými kontakty s těmito agenty v místě jejich
působení. Vzápětí nato byli však tito kontaktovaní agenti často jako již
nepotřební odepisováni a rovněž násilně deportováni zpět do sovětského
vnitrozemí podle zásady většiny tajných služeb na světě ve všech dobách obskurně
upravené z „mouřenín vykonal práci, mouřenín může zmizet“ na „mouřenín
vykonal práci, mouřenín musí zmizet“.
50 robotników pobiło się samych w Ursusie - senator Romaszewski z KOR-u nie interweniował
Do bójki doszło w Ursusie (fot.arch.)
Dziewięciu obcokrajowców trafiło do szpitala, a ok. 40 na komendę po bójce,
do której doszło w czwartek wieczorem. Bójka rozegrała się w warszawskim
Ursusie.
Jak poinformował Mariusz Mrozek z zespołu prasowego Komendy
Stołecznej Policji awantura rozpoczęła się w autobusie, którym cudzoziemcy
wracali z pracy do hotelu. Do bijatyki doszło jednak poza pojazdem.
Brało w niej udział ok. 50 mężczyzn, obywateli krajów wschodnich i azjatyckich.
Rozdzielali ich policjanci i strażnicy miejscy dodał Mrozek.
W
trakcie zajścia dziewięciu cudzoziemców zostało rannych; przewieziono ich do
szpitali. Pozostali trafili na komendę. Sprowadzamy tłumaczy, by wyjaśnić
okoliczności i przyczyny tego zdarzenia zaznaczył Mrozek. http://www.tvp.info/news.html?news=819313&directory=2788
Download
this episode/ wysłuchaj, ściągnij mp3 (5 min) Dwustu funkcjonariuszy
przechodzi każdego dnia na zmianę przez drzwi wejściowe Komendy Powiatowej
Policji przy ul. Oskara Lange w Tomaszowie Mazowieckim, a ilu z nich wie, czym
się dla Polaków zasłużył ten wielki, żydokomunistyczny ekonomista?
W
narodowosocjalistycznym Frankfurcie nad Menem ulice i place nosiły nazwy ku czci
prominentów: Adolf Hitler Anlage (dzisiejsza Gallusanlage), Adolf Hitler Brücke
(Untermainbrücke), Hermann Göring Ufer (Untermainkai), itd., itd w innych
miastach.
Po wojnie to się zmieniło, bo zwycięscy alianci zechcieli
uznać narodowy socjalizm za zbrodniczy system społeczny, a prominentów tegoż
systemu za pospolitych złoczyńców winnych wszystkich zbrodni wojny. Demokracja
przyniosła z czasem Niemcom nowych patronów ulic i mostów; choć pewnie Most
Ignacego Bubisa, byłego przewodniczącego Centralnej Rady Zydów w Niemczech nie
nosiłby pewnie swej obecnej nazwy (o ile znałem Bubisa), gdyby go o to przed
śmiercią zapytać, czy życzy sobie taki zbędny zaszczyt?
Oskar Lange był
trochę jak krem Nivea a trochę jak amerykańskie czołgi z białymi gwiazdami na
stanie sowieckich pułków: przed wojną żył w Ameryce i chodził pewnie do
synagogi, a po wojnie sprowadzili go do Warszawy, żeby zbrodniczą eksploatację
Polski ująć w pięcioletnie plany wyzysku i uzasadnić całe to okrutne w Polsce
Zło i Panowanie fałszywą pseudonauką nazwaną ekonomią socjalizmu. Oskar Lange
nauczał na SGPiS-ie w Warszawie tej fałszywej ekonomii socjalizmu, jak później
Balcerowicz i żydokomunista Belka. Od tych młodszych pobratymców różni Oskara
Lange krew Polaków, w której pomoczył bezkarnie palce.
Oskar Lange był
bowiem Wiceprzewodniczącym Rady Państwa, członkiem kolegialnej Głowy Państwa
PRL-u i mógł rozpatrywać pozytywnie, lub odmownie skierowane do siebie (Rady
Państwa) wnioski o okazanie łaski w stosunku do Polaków skazanych na karę
śmierci. Instytut Pamięci Narodowej Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi
Polskiemu nie zajęła się jeszcze (o ile mi wiadomo) tą częścią haniebnej
przeszłości żydokomunistów w Polsce.
W Niemczech nie było pobłażania dla
zastępcy Hitlera, bo nikt nie wpadł na Szatański zaiste pomysł, ażeby system
narodowsocjalistyczny zastąpić demokracją w drodze tajemnych konszachtów,
przetargów, wódeczki i rozmów. W Niemczech nie było Magdalenki i tzw. okrągłego
stołu. Niektórzy mówią, że szkoda, bo moglibyśmy chodzić nadal na niedzielny
spacer na Adolf Hitler Anlage, jak policjanci w Tomaszowie chodzą do pracy na
Oskara Lange.
W Niemczech rozprawiono się z socjalistycznonarodową
zarazą. Był Trybunał w Norymberdze, byli skazani we Frankfurckich Procesach. A w
Polsce była Magdalenka i bandycka zmowa przegranych dziś moralnie polityków
(Katzyński oraz Wałęsa) ze złoczyńcami. Był tzw. okrągły stół żydokomuny i
ubowców, haniebna zmowa katów z agentami.
Przeprowadzona w Niemczech
denazyfikacja sprawiła to, że policjanta wita dzisiaj przyjazny uśmiech
obywatela. W Tomaszowie natomiast czeka na każdego, kto tylko przekroczy komendy
próg wielkie, weneckie lustro i niedyskretnie schowana za kwiatkiem kamera. Bo
tu przecież był posłem sam Zbigniew Sobotka, i tutaj ktoś mu podpowiedział przez
komórkę, żeby nazwać cały ten burdel: Program "Bezpieczna Polska".
Gazeta
Prawna z 13 sierpnia 08 (nr 158)(...) Po igrzyskach olimpijskich wolne moce produkcyjne na
pewno będą miały chińskie firmy budowlane. Możemy wykorzystać ten
potencjał przy naszych przygotowaniach do Euro 2012. Można jednak
szukać jeszcze tańszych pracowników. Firma Promoman ma wyłączność na
sprowadzanie do Polski pracowników z Bangladeszu.
-
Na razie jest u nas dwóch inżynierów, a niebawem przyjedzie do nich po
30 pracowników. Te brygady będą pracowały w jednej z firm budowlanych -
mówi Michał Zieliński, prezes firmy Promoman. Każdy robotnik będzie
zarabiał ok. 1,2-1,3 tys. zł miesięcznie przy średniej dla naszego
budownictwa wynoszącej około 3,3 tys. zł. Robotnicy z Bangladeszu
powinni być jednak zadowoleni, bo w ich 140-mln kraju bez pracy jest
ok. 30 mln ludzi.
- Zainteresowanie ze strony polskich firm jest duże - mówi prezes Zieliński.
Niewykluczone, że niebawem pojawią się w Polsce pielęgniarki z Bangladeszu oraz pracownicy stoczni i hoteli. (...)
Najniższe
są płace w krajach afrykańskich, od 1 do 10 dol. miesięcznie, ale ryzyko
inwestycji jest duże. W Chinach w ostatnim roku płace wzrosły o 10 proc. W
Polsce pozapłacowe koszty płacy sięgają nawet 80 proc. zarobków.
Unia Europejska przekupuje pracodawców w Polsce dopłatami za zatrudnianie bez
zezwolenia na pracę: Rosjan, Białorusinów, Mołdawian, Gruzinów i Ukraińców.
Naród Polski uzyska zastrzyk kilku milionów niewolników świeżej krwi, co pozwoli
żydokomunistom na ukrycie się ze zdobyczami z PRL i prywatyzacji w RP po
Magdalence.
gazetaprawna.pl:
Rząd chce ułatwić polskim firmom zatrudnianie obywateli Mołdowy i Gruzji.
Ukraińcy, Rosjanie i Białorusini będą mogli pracować bez zezwolenia nawet przez
dziewięć miesięcy. Eksperci uważają, że potrzebne są kolejne ułatwienia dla
pracowników z państw Dalekiego Wschodu i Kazachstanu.
Polskie firmy będą
mogły zatrudniać Mołdowian i Gruzinów od sześciu do 12 miesięcy bez zezwolenia
na pracę - dowiedziała się Gazeta Prawna. Resort pracy rozważa też wydłużenie z
sześciu do dziewięciu miesięcy okres pracy bez zezwolenia dla Ukraińców.
Eksperci pozytywnie oceniają te pomysły. Zwracają uwagę, że należy
zliberalizować zatrudnienie cudzoziemców także z innych krajów i usprawnić
wydawanie wiz dla pracowników ze Wschodu. Ułatwienia dla Ukraińców
-
Rozważamy dalsze otwarcie rynku pracy dla cudzoziemców spoza UE - mówi Czesława
Ostrowska, wiceminister pracy i polityki społecznej.
Dodaje, że trwają
konsultacje międzyresortowe dotyczące wydłużenia okresu zatrudniania Ukraińców,
Rosjan i Białorusinów bez zezwolenia na pracę z sześciu do dziewięciu
miesięcy.
Propozycja resortu pracy jest kolejnym krokiem liberalizującym
zatrudnianie cudzoziemców ze Wschodu. Od 1 lutego tego roku mogą oni pracować w
Polsce bez zezwolenia na pracę przez sześć miesięcy w ciągu kolejnych 12
miesięcy we wszystkich sektorach gospodarki. Wcześniej, od lipca 2007 r., mogli
być zatrudnieni przez trzy miesiące. Resort pracy wprowadził bardziej liberalne
przepisy, aby przedsiębiorcy, przede wszystkim z branży rolnej i budowlanej, bez
zbędnych formalności związanych z uzyskaniem zezwolenia na pracę, mogli
zatrudniać cudzoziemców. Pracownicy z Mołdowy
Teraz na podobnych
zasadach jak pracownicy z Ukrainy, Rosji i Białorusi, czyli bez konieczności
uzyskiwania zezwoleń na pracę mieliby pracować u nas Mołdowianie i
Gruzini.
- Chcemy ułatwić dostęp do rynku przede wszystkim Mołdowianom, a
następnie Gruzinom. W ciągu kilku miesięcy przygotujemy rozporządzenia
umożliwiające takie rozwiązania - mówi Marcin Kulinicz, naczelnik w
departamencie migracji MPiPS.
Dodaje, że chodzi o umożliwienie obywatelom
tych krajów wykonywania pracy bez zezwolenia na okres od sześciu do 12 miesięcy.
Otwarcie rynku polskiego dla obywateli z tych dwóch krajów będzie elementem
unijnego programu partnerstwo dla mobilności.
- Program zakłada
umożliwienie legalnego zatrudnienia w UE obywatelom wybranych krajów spoza Unii
- mówi Marcin Kulinicz.
Dotychczasowe zainteresowanie firm zatrudnieniem
Mołdowian i Gruzinów jest niewielkie. W I połowie 2008 r. 614 Mołdowian i 39
Gruzinów pracowało w Polsce na podstawie zezwolenia na pracę wydawanego przez
wojewodę.
- Procedura ubiegania się o zezwolenie jest skomplikowana i
czasochłonna. Firma musi przedstawić od 12 do 15 oryginalnych dokumentów z wielu
instytucji - mówi Andrzej Korkus z East West Link.
Dodaje, że firmy będą
znacznie bardziej zainteresowane zatrudnianiem Mołdowian i Gruzinów, jeśli nie
będą musiały starać się o zezwolenie na pracę dla nich. Wolne miejsca
pracy
Dotychczasowy napływ pracowników ze Wschodu nie zmienił jednak
zasadniczo sytuacji na polskim rynku pracy. W I połowie 2008 r. pracodawcy
złożyli w urzędach pracy 89,7 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy
Ukraińcom, Rosjanom i Białorusinom. Liczba faktycznie zatrudnionych cudzoziemców
ze Wschodu jest jednak znacznie mniejsza z powodu kłopotów z uzyskiwaniem wizy.
Trwające obecnie nawet trzy miesiące procedury wizowe powodują, że efektywny
czas pracy cudzoziemca skraca się do trzech miesięcy.
- Podjęcie pracy
przez cudzoziemca przestaje mieć w takiej sytuacji sens - mówi Józef Zubelewicz,
prezes Erbudu.
Mało prawdopodobne też, aby w II połowie roku firmy
złożyły tyle oświadczeń co w I półroczu. Zaobserwowany ostatnio duży napływ
głównie Ukraińców jest bezpośrednio związany z sezonem w rolnictwie i
budownictwie.
- Jesienią i zimą prawdopodobnie ich liczba zmniejszy się -
mówi Marcin Kulinicz.
Gdyby nawet przyjąć, że w tym roku będzie pracowało
180 tys. cudzoziemców ze Wschodu, to będą stanowić nieco więcej niż 1 proc.
pracujących. W I kwartale 2008 r. pracowało w Polsce 15,5 mln osób.
Z
danych GUS wynika, że w I kwartale 2008 r. pracodawcy zgłosili do urzędów pracy
zapotrzebowanie na 300 tys. pracowników. Janusz Grzyb, dyrektor departamentu
migracji w MPiPS, ocenia jednak, że braki kadrowe są znacznie większe.
-
W budownictwie i rolnictwie sezonowym jest 400 tysięcy wolnych miejsc pracy -
mówi.
Sytuacji na rynku pracy nie zmieni znacząco również napływ
pracowników z Mołdowy i Gruzji.
- Mołdowa liczy zaledwie 3,4 mln ludności. Gruzini pozostaną w domu, bo muszą
bronić zagrożonej niepodległości kraju - mówi Andrzej Korkus. Pracownicy z
Dalekiego Wschodu
Jan Rutkowski, główny ekonomista w regionie Europy
Centralnej Banku Światowego, uważa, że brak rąk do pracy wymusi znacznie większe
niż dotychczas otwarcie się na pracowników spoza Polski. Wskazuje, że potrzebne
są też zachęty dla cudzoziemców z innych krajów, m.in. z Dalekiego Wschodu i
Kazachstanu.
Zdaniem Mirosława Bienieckiego z Instytutu Spraw Publicznych
Polska, żeby wygrać konkurencję o pracowników (imigrantów) z innymi państwami
UE, musi wprowadzać ułatwienia proceduralne w ich zatrudnianiu.
- Płacami
nie wygramy, w wielu krajach unijnych cudzoziemiec zdecydowanie więcej zarobi
niż w Polsce - mówi Mirosław Bieniecki.
Autor: Paweł Jakubczak Wyślij
e-mail
Źródło: GP Artykuł z dnia: 2008-08-13, ostatnia aktualizacja:
2008-08-13 16:56
Nürtinger Finanzforum an der Hochschule für Wirtschaft und Umwelt, die
Teilnehmer einig, dass es ohne Ethik nicht gehe, wenn man langfristig
wirtschaftlichen Erfolg haben möchte, a pod Wrocławiem Wietnamczycy
świątakpiątek z własnej woli i bez przymusu, a pod Koszalinem siła robotnicza z
Nepalu, bo Związki Zawodowe i Prawo Pracy wIV RP Lecha K.
Postanowione, że z dniem 30 kwietnia rzucam pracę...
jasne, że dobrze rzuciłaś: teraz nie powinno ci być nudno, a gdyby było, to rzuć mycie, nie myj się, zobaczysz, jaka to frajda, poczujesz się jak nowopoczęta, potem rzuć tych, co cię trzymają przy życiu, zacznij żyć pełną piersią, oboma, życie przed tobą, jesteś młoda i bardzo piękna, kiedy rzucisz mycie, to nie wejdziesz już nigdy do żadnej wody, dobrze zrobiłaś, bo jutro będziesz stara i sami by cię nie tylko z pracy wyrzucili, a po co ci kompleksy, żyj pełnią życia, jak masz jeszcze za co, jak masz z kim dzielić swoją radość, to rzuć tego człowieka, zobaczysz, jaka to jest radość, jak się rzuca wszystkich i wszystko, co jeszcze nie wiadomo, po co trzyma cię przy życiu, przerzuć się na buddyzm, zacznij bujać po pustym obłoku, a potem rzuć buddyzm, bo buddą możesz być dopiero, kiedy wyzbędziesz się wszelkich pragnień, nie jest źle, jesteś na dobrej drodze, a zanim rzucisz czytanie, to jeszcze przeczytaj: umysł zen, umysł początkującego, to tytuł książki Shunryu Suzukiego, nie trzymaj się niczego, nie a, nie ga, nie bywaj
AGA: Czasem w życiu robi się nudno. Czasem człowiek ma wrażenie, że już nic wiecej się nie nauczy. Czasem, a nie teraz to już nie czasem, a często, mam wrażenie, że praca przeszkadza w realizacji marzeń. Czasem robi się już za bezpiecznie, a brakuje wyzwań. Albo wyzwania są i chęci by je podjąć, ale praca w tym przeszkadza. A czasem...po prostu trzeba zaszaleć i sprawdzić siebie. I takie "czasem" znowu nadeszło, ale teraz już w takiej formie, że nie da się przegonić. Więc... Postanowione, że z dniem 30 kwietnia rzucam pracę...
Subject: MLK's most prophetic speech: April 4, 1967
A Prophetic Voice in Jewish, Multireligious, and American Life
MARTIN LUTHER KING:
THE RIVERSIDE SPEECH
Forty-one years ago today, Dr. Martin Luther King gave his most prophetic speech to an assemblage of Clergy and Laymen Concerned About Vietnam, at Riverside Church in New York City.
Forty years ago today, he was murdered.
The full text of that speech follows. The emphases are my own. -- AW
BEYOND VIETNAM:
A TIME TO BREAK SILENCE
I come to this magnificent house of worship tonight because my conscience leaves me no other choice. I join with you in this meeting because I am in deepest agreement with the aims and work of the organization which has brought us together: Clergy and Laymen Concerned about Vietnam. The recent statement of your executive committee are the sentiments of my own heart and I found myself in full accord when I read its opening lines: "A time comes when silence is betrayal." That time has come for us in relation to Vietnam.
The truth of these words is beyond doubt but the mission to which they call us is a most difficult one. Even when pressed by the demands of inner truth, men do not easily assume the task of opposing their government's policy, especially in time of war. Nor does the human spirit move without great difficulty against all the apathy of conformist thought within one's own bosom and in the surrounding world. Moreover when the issues at hand seem as perplexed as they often do in the case of this dreadful conflict we are always on the verge of being mesmerized by uncertainty; but we must move on.
Some of us who have already begun to break the silence of the night have found that the calling to speak is often a vocation of agony, but we must speak. We must speak with all the humility that is appropriate to our limited vision, but we must speak. And we must rejoice as well, for surely this is the first time in our nation's history that a significant number of its religious leaders have chosen to move beyond the prophesying of smooth patriotism to the high grounds of a firm dissent based upon the mandates of conscience and the reading of history. Perhaps a new spirit is rising among us. If it is, let us trace its movement well and pray that our own inner being may be sensitive to its guidance, for we are deeply in need of a new way beyond the darkness that seems so close around us. Over the past two years, as I have moved to break the betrayal of my own silences and to speak from the burnings of my own heart, as I have called for radical departures from the destruction of Vietnam, many persons have questioned me about the wisdom of my path. At the heart of their concerns this query has often loomed large and loud: Why are you speaking about war, Dr. King? Why are you joining the voices of dissent? Peace and civil rights don't mix, they say. Aren't you hurting the cause of your people, they ask? And when I hear them, though I often understand the source of their concern, I am nevertheless greatly saddened, for such questions mean that the inquirers have not really known me, my commitment or my calling. Indeed, their questions suggest that they do not know the world in which they live.
In the light of such tragic misunderstandings, I deem it of signal importance to try to state clearly, and I trust concisely, why I believe that the path from Dexter Avenue Baptist Church -- the church in Montgomery, Alabama, where I began my pastorate -- leads clearly to this sanctuary tonight.
I come to this platform tonight to make a passionate plea to my beloved nation. This speech is not addressed to Hanoi or to the National Liberation Front. It is not addressed to China or to Russia.
Nor is it an attempt to overlook the ambiguity of the total situation and the need for a collective solution to the tragedy of Vietnam. Neither is it an attempt to make North Vietnam or the National Liberation Front paragons of virtue, nor to overlook the role they can play in a successful resolution of the problem. While they both may have justifiable reason to be suspicious of the good faith of the United States, life and history give eloquent testimony to the fact that conflicts are never resolved without trustful give and take on both sides.
Tonight, however, I wish not to speak with Hanoi and the NLF, but rather to my fellow Americans, who, with me, bear the greatest responsibility in ending a conflict that has exacted a heavy price on both continents.
And as I ponder the madness of Vietnam and search within myself for ways to understand and respond to compassion my mind goes constantly to the people of that peninsula. I speak now not of the soldiers of each side, not of the junta in Saigon, but simply of the people who have been living under the curse of war for almost three continuous decades now. I think of them too because it is clear to me that there will be no meaningful solution there until some attempt is made to know them and hear their broken cries.
They must see Americans as strange liberators. The Vietnamese people proclaimed their own independence in 1945 after a combined French and Japanese occupation, and before the Communist revolution in China. They were led by Ho Chi Minh. Even though they quoted the American Declaration of Independence in their own document of freedom, we refused to recognize them. Instead, we decided to support France in its re-conquest of her former colony.
Our government felt then that the Vietnamese people were not "ready" for independence, and we again fell victim to the deadly Western arrogance that has poisoned the international atmosphere for so long. With that tragic decision we rejected a revolutionary government seeking self-determination, and a government that had been established not by China (for whom the Vietnamese have no great love) but by clearly indigenous forces that included some Communists. For the peasants this new government meant real land reform, one of the most important needs in their lives.
For nine years following 1945 we denied the people of Vietnam the right of independence. For nine years we vigorously supported the French in their abortive effort to re-colonize Vietnam.
Before the end of the war we were meeting eighty percent of the French war costs. Even before the French were defeated at Dien Bien Phu, they began to despair of the reckless action, but we did not. We encouraged them with our huge financial and military supplies to continue the war even after they had lost the will. Soon we would be paying almost the full costs of this tragic attempt at re-colonization.
After the French were defeated it looked as if independence and land reform would come again through the Geneva agreements. But instead there came the United States, determined that Ho should not unify the temporarily divided nation, and the peasants watched again as we supported one of the most vicious modern dictators -- our chosen man, Premier Diem. The peasants watched and cringed as Diem ruthlessly routed out all opposition, supported their extortionist landlords and refused even to discuss reunification with the north. The peasants watched as all this was presided over by U.S. influence and then by increasing numbers of U.S. troops who came to help quell the insurgency that Diem's methods had aroused. When Diem was overthrown they may have been happy, but the long line of military dictatorships seemed to offer no real change -- especially in terms of their need for land and peace.
The only change came from America as we increased our troop commitments in support of governments which were singularly corrupt, inept and without popular support. All the while the people read our leaflets and received regular promises of peace and democracy -- and land reform. Now they languish under our bombs and consider us -- not their fellow Vietnamese -- the real enemy. They move sadly and apathetically as we herd them off the land of their fathers into concentration camps where minimal social needs are rarely met. They know they must move or be destroyed by our bombs. So they go -- primarily women and children and the aged.
They watch as we poison their water, as we kill a million acres of their crops. They must weep as the bulldozers roar through their areas preparing to destroy the precious trees. They wander into the hospitals, with at least twenty casualties from American firepower for one "Vietcong"-inflicted injury. So far we may have killed a million of them -- mostly children. They wander into the towns and see thousands of the children, homeless, without clothes, running in packs on the streets like animals. They see the children, degraded by our soldiers as they beg for food. They see the children selling their sisters to our soldiers, soliciting for their mothers.
What do the peasants think as we ally ourselves with the landlords and as we refuse to put any action into our many words concerning land reform? What do they think as we test our latest weapons on them, just as the Germans tested out new medicine and new tortures in the concentration camps of Europe? Where are the roots of the independent Vietnam we claim to be building? Is it among these voiceless ones?
We have destroyed their two most cherished institutions: the family and the village. We have destroyed their land and their crops. We have cooperated in the crushing of the nation's only non-Communist revolutionary political force -- the unified Buddhist church. We have supported the enemies of the peasants of Saigon. We have corrupted their women and children and killed their men. What liberators?
Now there is little left to build on -- save bitterness. Soon the only solid physical foundations remaining will be found at our military bases and in the concrete of the concentration camps we call fortified hamlets. The peasants may well wonder if we plan to build our new Vietnam on such grounds as these? Could we blame them for such thoughts? We must speak for them and raise the questions they cannot raise. These too are our brothers.
Perhaps the more difficult but no less necessary task is to speak for those who have been designated as our enemies. What of the National Liberation Front -- that strangely anonymous group we call VC or Communists? What must they think of us in America when they realize that we permitted the repression and cruelty of Diem which helped to bring them into being as a resistance group in the south? What do they think of our condoning the violence which led to their own taking up of arms? How can they believe in our integrity when now we speak of "aggression from the north" as if there were nothing more essential to the war? How can they trust us when now we charge them with violence after the murderous reign of Diem and charge them with violence while we pour every new weapon of death into their land? Surely we must understand their feelings even if we do not condone their actions. Surely we must see that the men we supported pressed them to their violence. Surely we must see that our own computerized plans of destruction simply dwarf their greatest acts.
How do they judge us when our officials know that their membership is less than twenty-five percent Communist and yet insist on giving them the blanket name? What must they be thinking when they know that we are aware of their control of major sections of Vietnam and yet we appear ready to allow national elections in which this highly organized political parallel government will have no part? They ask how we can speak of free elections when the Saigon press is censored and controlled by the military junta. And they are surely right to wonder what kind of new government we plan to help form without them -- the only party in real touch with the peasants. They question our political goals and they deny the reality of a peace settlement from which they will be excluded. Their questions are frighteningly relevant. Is our nation planning to build on political myth again and then shore it up with the power of new violence?
Here is the true meaning and value of compassion and nonviolence when it helps us to see the enemy's point of view, to hear his questions, to know his assessment of ourselves. For from his view we may indeed see the basic weaknesses of our own condition, and if we are mature, we may learn and grow and profit from the wisdom of the brothers who are called the opposition.
So, too, with Hanoi. In the north, where our bombs now pummel the land, and our mines endanger the waterways, we are met by a deep but understandable mistrust. To speak for them is to explain this lack of confidence in Western words, and especially their distrust of American intentions now. In Hanoi are the men who led the nation to independence against the Japanese and the French, the men who sought membership in the French commonwealth and were betrayed by the weakness of Paris and the willfulness of the colonial armies. It was they who led a second struggle against French domination at tremendous costs, and then were persuaded to give up the land they controlled between the thirteenth and seventeenth parallel as a temporary measure at Geneva. After 1954 they watched us conspire with Diem to prevent elections which would have surely brought Ho Chi Minh to power over a united Vietnam, and they realized they had been betrayed again.
When we ask why they do not leap to negotiate, these things must be remembered. Also it must be clear that the leaders of Hanoi considered the presence of American troops in support of the Diem regime to have been the initial military breach of the Geneva agreements concerning foreign troops, and they remind us that they did not begin to send in any large number of supplies or men until American forces had moved into the tens of thousands.
Hanoi remembers how our leaders refused to tell us the truth about the earlier North Vietnamese overtures for peace, how the president claimed that none existed when they had clearly been made. Ho Chi Minh has watched as America has spoken of peace and built up its forces, and now he has surely heard of the increasing international rumors of American plans for an invasion of the north. He knows the bombing and shelling and mining we are doing are part of traditional pre-invasion strategy. Perhaps only his sense of humor and of irony can save him when he hears the most powerful nation of the world speaking of aggression as it drops thousands of bombs on a poor weak nation more than eight thousand miles away from its shores.
At this point I should make it clear that while I have tried in these last few minutes to give a voice to the voiceless on Vietnam and to understand the arguments of those who are called enemy, I am as deeply concerned about our troops there as anything else. For it occurs to me that what we are submitting them to in Vietnam is not simply the brutalizing process that goes on in any war where armies face each other and seek to destroy. We are adding cynicism to the process of death, for they must know after a short period there that none of the things we claim to be fighting for are really involved. Before long they must know that their government has sent them into a struggle among Vietnamese, and the more sophisticated surely realize that we are on the side of the wealthy and the secure while we create hell for the poor. This Madness Must Cease
Somehow this madness must cease. We must stop now. I speak as a child of God and brother to the suffering poor of Vietnam. I speak for those whose land is being laid waste, whose homes are being destroyed, whose culture is being subverted. I speak for the poor of America who are paying the double price of smashed hopes at home and death and corruption in Vietnam. I speak as a citizen of the world, for the world as it stands aghast at the path we have taken. I speak as an American to the leaders of my own nation. The great initiative in this war is ours. The initiative to stop it must be ours.
Rząd chce ułatwić polskim firmom zatrudnianie obywateli Mołdowy i Gruzji. Ukraińcy, Rosjanie i Białorusini będą mogli pracować bez zezwolenia nawet przez dziewięć miesięcy. Eksperci uważają, że potrzebne są kolejne ułatwienia dla pracowników z państw Dalekiego Wschodu i Kazachstanu.
Polskie firmy będą mogły zatrudniać Mołdowian i Gruzinów od sześciu do 12 miesięcy bez zezwolenia na pracę - dowiedziała się Gazeta Prawna. Resort pracy rozważa też wydłużenie z sześciu do dziewięciu miesięcy okres pracy bez zezwolenia dla Ukraińców. Eksperci pozytywnie oceniają te pomysły. Zwracają uwagę, że należy zliberalizować zatrudnienie cudzoziemców także z innych krajów i usprawnić wydawanie wiz dla pracowników ze Wschodu.
Ułatwienia dla Ukraińców
- Rozważamy dalsze otwarcie rynku pracy dla cudzoziemców spoza UE - mówi Czesława Ostrowska, wiceminister pracy i polityki społecznej.
Dodaje, że trwają konsultacje międzyresortowe dotyczące wydłużenia okresu zatrudniania Ukraińców, Rosjan i Białorusinów bez zezwolenia na pracę z sześciu do dziewięciu miesięcy.
Propozycja resortu pracy jest kolejnym krokiem liberalizującym zatrudnianie cudzoziemców ze Wschodu. Od 1 lutego tego roku mogą oni pracować w Polsce bez zezwolenia na pracę przez sześć miesięcy w ciągu kolejnych 12 miesięcy we wszystkich sektorach gospodarki. Wcześniej, od lipca 2007 r., mogli być zatrudnieni przez trzy miesiące. Resort pracy wprowadził bardziej liberalne przepisy, aby przedsiębiorcy, przede wszystkim z branży rolnej i budowlanej, bez zbędnych formalności związanych z uzyskaniem zezwolenia na pracę, mogli zatrudniać cudzoziemców.
Pracownicy z Mołdowy
Teraz na podobnych zasadach jak pracownicy z Ukrainy, Rosji i Białorusi, czyli bez konieczności uzyskiwania zezwoleń na pracę mieliby pracować u nas Mołdowianie i Gruzini.
- Chcemy ułatwić dostęp do rynku przede wszystkim Mołdowianom, a następnie Gruzinom. W ciągu kilku miesięcy przygotujemy rozporządzenia umożliwiające takie rozwiązania - mówi Marcin Kulinicz, naczelnik w departamencie migracji MPiPS.
Dodaje, że chodzi o umożliwienie obywatelom tych krajów wykonywania pracy bez zezwolenia na okres od sześciu do 12 miesięcy. Otwarcie rynku polskiego dla obywateli z tych dwóch krajów będzie elementem unijnego programu partnerstwo dla mobilności.
- Program zakłada umożliwienie legalnego zatrudnienia w UE obywatelom wybranych krajów spoza Unii - mówi Marcin Kulinicz.
Dotychczasowe zainteresowanie firm zatrudnieniem Mołdowian i Gruzinów jest niewielkie. W I połowie 2008 r. 614 Mołdowian i 39 Gruzinów pracowało w Polsce na podstawie zezwolenia na pracę wydawanego przez wojewodę.
- Procedura ubiegania się o zezwolenie jest skomplikowana i czasochłonna. Firma musi przedstawić od 12 do 15 oryginalnych dokumentów z wielu instytucji - mówi Andrzej Korkus z East West Link.
Dodaje, że firmy będą znacznie bardziej zainteresowane zatrudnianiem Mołdowian i Gruzinów, jeśli nie będą musiały starać się o zezwolenie na pracę dla nich.
Wolne miejsca pracy
Dotychczasowy napływ pracowników ze Wschodu nie zmienił jednak zasadniczo sytuacji na polskim rynku pracy. W I połowie 2008 r. pracodawcy złożyli w urzędach pracy 89,7 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy Ukraińcom, Rosjanom i Białorusinom. Liczba faktycznie zatrudnionych cudzoziemców ze Wschodu jest jednak znacznie mniejsza z powodu kłopotów z uzyskiwaniem wizy. Trwające obecnie nawet trzy miesiące procedury wizowe powodują, że efektywny czas pracy cudzoziemca skraca się do trzech miesięcy.
- Podjęcie pracy przez cudzoziemca przestaje mieć w takiej sytuacji sens - mówi Józef Zubelewicz, prezes Erbudu.
Mało prawdopodobne też, aby w II połowie roku firmy złożyły tyle oświadczeń co w I półroczu. Zaobserwowany ostatnio duży napływ głównie Ukraińców jest bezpośrednio związany z sezonem w rolnictwie i budownictwie.
- Jesienią i zimą prawdopodobnie ich liczba zmniejszy się - mówi Marcin Kulinicz.
Gdyby nawet przyjąć, że w tym roku będzie pracowało 180 tys. cudzoziemców ze Wschodu, to będą stanowić nieco więcej niż 1 proc. pracujących. W I kwartale 2008 r. pracowało w Polsce 15,5 mln osób.
Z danych GUS wynika, że w I kwartale 2008 r. pracodawcy zgłosili do urzędów pracy zapotrzebowanie na 300 tys. pracowników. Janusz Grzyb, dyrektor departamentu migracji w MPiPS, ocenia jednak, że braki kadrowe są znacznie większe.
- W budownictwie i rolnictwie sezonowym jest 400 tysięcy wolnych miejsc pracy - mówi.
Sytuacji na rynku pracy nie zmieni znacząco również napływ pracowników z Mołdowy i Gruzji.